News

RAFAŁ MILACH - CZARNE MORZE BETONU / Wywiad z fotografem:

Pierwsze, co rzuca się w oczy to beton. Kilometry szarych bloków, czasem pomalowane na żółto-niebiesko, narodowe kolory Ukrainy. Od razu czujesz sowiecką przeszłość. Wygląda to surrealistycznie. Nie pasuje do pięknego pejzażu, który otacza to miejsce. Przemysłowe zony i złomowiska nie przypominają harmonii między człowiekiem i naturą.

17.03.2009 / RAFAŁ MILACH w rozmowie z Mariuszem Śledziem / Modernphoto:

 

 

 

 

MŚ: CZARNE MORZE BETONU to kolejny cykl Twoich fotografii poświęcony krajom byłego Związku Radzieckiego. Pokazujesz tym razem świat współczesnej Ukrainy, koncentrując się na portretach, krajobrazach i życiu ludzi z regionu Krymu. Jest to kolejny przejaw Twojej fascynacji tamtymi rejonami. Skąd zamiłowanie do dokumentowania akurat tamtego rejonu świata, jego społeczeństwa i kultury?

 

RM: Ciężko powiedzieć skąd zamiłowanie do byłego Sojuza. Ciągnie mnie tam. Może dlatego, że mam rodzinę nad Bajkałem w Kaliningradzie i na Białorusi a dziadkowie pochodzą z Kresów? Bardzo odpowiada mi mentalność tamtejszych ludzi. Są otwarci, spontaniczni i prostolinijni. Czuję się tam jak u siebie. Nawet w Nowym Jorku najlepiej się czułem na Coney Island wśród Ukraińskich i Rosyjskich Żydów gdzie mogłem porozmawiać sobie po rosyjsku. To jakoś z tyłu głowy mi po prostu siedzi.

 

Kolejną rzeczą dlaczego tam mnie ciągnie, a nie gdzie indziej, jest pewnie to, że urodziłem się w kraju, w którym jeszcze funkcjonował system komunistyczny. Pamiętam PRL jako mały chłopiec. To inna perspektywa, może nie do końca świadoma ale widocznie zmiany zawsze mnie jakoś fascynowały i ukształtowały mój późniejszy fotograficzny światopogląd. Czy to jest odchodzący Śląsk czy młodzi Rosjanie żyjący w postsowieckiej Rosji.

 

MŚ: Czym dla Ciebie, jako człowieka, mam tu na myśli odcięcie się trochę od roli fotografa, są wyprawy za wschodnią stronę naszej granicy? Oczywiście pytam tutaj o świat, a zwłaszcza ludzi, z którymi tam się zetknąłeś.

 

RM: Lubię tam jeździć i dobrze czuję się z tymi ludźmi. Cały projekt poświęcony Rosji jest związany z moimi znajomymi. Fotografuje I , wracam do tych ludzi kilka razy w roku i nie jeżdżę tam, wyłącznie jako fotograf, jeżdżę tam, jako ich kolega, przyjaciel czasami, członek rodziny. Ci ludzie są mi bardzo bliscy i już dawno przestali być tylko bohaterami moich zdjęć, mimo że nie takie było wstępne założenie. Na samym początku oni byli moimi znajomymi. Później stali się bohaterami zdjęć a na koniec wrócili do tej pierwotnej funkcji. Ta część ludzka stała się w pewien sposób ważniejsza niż fotograficzna. Problemem z punktu widzenia fotografa stało się to że za bardzo polubiłem tych ludzi i przestałem być obiektywny o ile w ogóle wcześniej miało to miejsce.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Zatracasz gdzieś zawodowy obiektywizm?

 

RM: Myślę, że to co robię nigdy nie było w pewnym sensie obiektywne. Podświadomie zacząłem wypychać niektóre fragmenty ich życia i to był moment, kiedy pomyślałem, że może już czas kończyć pracę nad tym cyklem. To bycie człowiekiem i fotografem za bardzo się przemieszało.

 

MŚ: Twoja fotografia z cyklu 'Czarne morze betonu' nie pokazuje bezpośrednio ukraińskiej rzeczywistości, tylko raczej ją kreuje. Sądzę, że nie jesteś tylko twórcą fotografii, ale opowiadaczem historii. Bardzo podobało mi się określenie 'artystycznego podejścia do teraźniejszości', które wyraźnie towarzyszy mi przy oglądaniu twoich fotografii.

 

RM: Bardzo lubię narracje pierwszo - osobową i w zasadzie nie interesuje mnie opisywanie rzeczywistości, znacznie bardziej wciąga mnie jej interpretowanie i przetwarzanie. Nie w sensie kreacji czy aranżowania pewnych sytuacji, tylko raczej wybierania takich fragmentów, które mi są w jakiś sposób bliskie.

 


MŚ: Czy w dokumencie istotny jest pewien osobisty klucz, prywatna historia, jako punkt wyjścia do tematu? Co było głównym przedmiotem Twojego zainteresowania przy realizacji tego cyklu?

 

RM: Geograficznie podróż rozpoczęła się od Krymu. I to, co mnie przede wszystkim tam uderzyło wizualnie, to kontrast pomiędzy przepięknym krajobrazem, szczególnie na południowym brzegu Krymu, a tym, co zostało z nim zrobione przez kilkadziesiąt lat Związku Radzieckiego. Poraził mnie wszechobecny beton, gdziekolwiek nie pojechałem, gdziekolwiek nie zatrzymałem się to spotykałem albo betonową plażę, betonowe bloki, betonowe szkielety niedokończonych hoteli, betonowe labirynty. Betonowe wszystko. Byłem tam poza sezonem turystycznym, dzięki czemu nie było tam całego kolorowego bałaganu. Wszystko było bardzo surowe i dlatego też bardzo rzuciło mi się w oczy.

 

MŚ: Rozumiem, że poziom wizualny tego projektu w dużej mierze zdeterminował krajobraz i otoczenie, które tam zastałeś. A co powiesz o poziomie dokumentalnym?

 

RM: Byłem na Ukrainie w ciekawym czasie przesilenia politycznego pod koniec 2008 roku. Ukraina była politycznie rozbita i pogrążona w chaosie, do tego wszystkiego właśnie zaczął się tam kryzys ekonomiczny. To kraj wyraźnie podzielony na część prorosyjską i proeuropejską. Czułem się w powietrzu duże napięcie. Na poziomie ludzkim to było dosyć przygnębiające doświadczenie. Nawet młodzi z którymi rozmawiałem sprawiali wrażenie zrezygnowanych i bezradnych. Byli rozczarowani Pomarańczową Rewolucją, chaosem w polityce i kryzysem gospodarczym.

 

Oczywiście to było bardzo interesujące, bo wszystko co jest oparte w jakiś sposób na kontraście jest ciekawe. Jeżeli jest jakiś zgrzyt. A tam ten zgrzyt mocno się czuło nie tylko na poziomie wizualnym, ale też mentalnym.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Materiał, jaki będziemy mogli zobaczyć na wystawie, zebrałeś w ciągu jednego wyjazdu, czy może było ich klika?

 

RM: To był jeden wyjazd. W zasadzie to był jeden z krótszych autorskich projektów, jakie w ogóle w życiu zrobiłem. Mając świadomość, że będę miał tylko dwa tygodnie czasu, bardzo mocno się spiąłem. Naprawdę od świtu do nocy ciężko pracowałem. Tak, to był bardzo intensywny, ale i owocny wyjazd.

 

MŚ: Czy wymagało to czasu na zaaklimatyzowanie, obserwacje i rozpoczęcie zdjęć, czy wręcz odwrotnie od razu zacząłeś fotografować?

 

RM: Nie miałem czasu. Od razu rzuciłem się w wir pracy praktycznie od pierwszego dnia mojego pobytu nad morzem.

 

MŚ: Jak wyglądała specyfika tego regionu w okresie, kiedy tam się wybrałeś?

 

RM: Bardzo różnie to wygląda w różnych częściach, na południowym brzegu Krymu było 20 stopni ciepła mimo tego, że była zima. Natomiast w Odessie, czy przy granicy rumuńskiej, padał śnieg. To ciekawe geograficznie, bo nie są to jakieś gigantyczne odległości. Byłem tam na początku grudnia w martwym sezonie turystycznym.

 

MŚ: Czy korzystałeś z pomocy kogoś tam na miejscu, kogoś kto zna ludzi, ma kontakty i potrafi cię zarekomendować, wprowadzić w środowisko? Przychodzi mi tu na myśl postać Stalkera z filmu A. Tarkowskiego.

 

RM: To był dla mnie bardzo ciekawy projekt ze względu na to, że bardzo dużo rzeczy wydarzyło się sie po raz pierwszy. Pierwszy raz pracowałem z profesjonalnym fikserem, czyli przewodnikiem. Głównie dlatego, że miałem bardzo ograniczoną ilość czasu. Potrzebowałem kierowcy i kogoś, kto podczas gdy ja w jednym miejscu będę robił zdjęcia, to będzie mi załatwiał czy szukał innych potencjalnie dla mnie interesujących miejsc. Od początku bardzo jasne dla mnie było to, czego potrzebuję. Zrobiłem sobie listę rzeczy, które mogą mnie zainteresować i po prostu pracowaliśmy nad tym. Było to bardzo wygodne. Było też bardzo kosztowne, ponieważ płaciłem temu człowiekowi niemałe pieniądze co było dodatkowa motywacją do pracy. Nie żałuję oczywiście. Chciałem mieć poczucie, że dobrze wykorzystałem ten czas.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Jak wcześniej przygotowywałeś się do tego rodzaju projektów?

 

RM: Zawsze staram się żeby na miejscu znaleźć człowieka, który zna dobrze okolice, ludzi czy ewentualne sytuacje, które mogą mnie zainteresować. Natomiast to nigdy nie byli profesjonalni fikserzy.

 

 

MŚ: Każda z twoich fotografii może być traktowana jako dokument, ale też jako dzieło sztuki. Czym kierowałeś się w wyborze tej konkretnej fotograficznej estetyki, jaką widzimy na zdjęciach?

 

RM: Pomysłem wyjściowym, było morze. Relacja człowieka i morza. Cały ten materiał jest materiałem bardzo geograficznym, a same zdjęcia funkcjonują jako pojedyncze obrazy. Oczywiście są ze sobą spójne. Wyborom motywów, w postaci starego posowieckiego bloku, muralu na plaży, czy zdezelowanego portu rybackiego, towarzyszy wspólny łącznik czyli morze.

Ten materiał trochę tak ślizga się po powierzchni, bo większość portretów i miejsc, które pokazuję, to są impresje na temat niż jakaś konkretna idącą w głąb historia. W zasadzie mam tam tylko jedną prywatną opowieść. Musiałem dostosować sposób myślenia do tego, co będę mógł realnie zrobić. Dwa tygodnie to bardzo krótki czas. Na każde z tych miejsc mogłem poświęcić maksymalnie dzień lub dwa i nie było mowy o jakiejś głębszej penetracji.

Właściwie wizualnie jakoś się to samo rozwiązało. Wszechobecny beton w krajobrazie zaczął dominować i wizyty w kolejnych miejscach wyraźnie ukierunkowały i uwrażliwiły mnie na ten kierunek poszukiwań. Zamiast fotografować butki z hot dogami, skoncentrowałem się na betonowych blokach, a spotkania z kolejnymi ludźmi utwierdzały mnie w tej postsowieckiej betonowej Ukrainie. O tym, że ta Ukraina chce się zmienić, ale nie potrafi, bo jest tak zakorzeniona w swojej przeszłości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Ile fotografii będziemy mogli zobaczyć na wystawie i czy jest to kompletny materiał, który pokazujesz w ramach tego projektu? Wiem, że stworzyłeś bardzo ciekawy albumu na ten temat. Planujesz jego szerszą publikację?

 

RM: Wystawa składa się z 26 fotografii, natomiast w całym cyklu jest ich około 40. Wybraliśmy z Majką Kaszkur, kuratorką wystawy, akurat taką ich ilość ze względu na przestrzeń i rytm całej wystawy. Istotne były tematy zdjęć i w jaki sposób będą eksponowane. Album na razie nie został wydany i funkcjonuje jako bardziej zaawansowana makieta książki niż gotowe wydawnictwo i mam nadzieję, że wkrótce nastąpi jego wydanie. Książka ta też została doceniona na Photography Book Now w USA.

 

 

MŚ: Jak wyglądała selekcja zdjęć i konstrukcja samej wystawy?

 

RM: Cały materiał to przemieszanie pejzaży, architektury i portretu. Generalizując, to wraz z Majką, starałem się tak konstruować tę wystawę, żeby to były raczej pojedyncze obrazy niż szersze historie. Miały to być mocne wizualnie kadry. Zdjęcie musiało mieć wystarczający ładunek symboliki i wszystkich elementów, jakie chciałem zawrzeć w całej historii, żeby mogło funkcjonować jako pojedynczy obraz.

 

MŚ: Czy to jest pierwsza, pełna wystawa tego cyklu?

 

RM: W takim wymiarze tak. Ten cykl jest większą częścią cyklu o Ukrainie, który zrobiliśmy z 8 innymi fotografami z kolektywu Sputnik Photos. Mieliśmy już premierową wystawę tego projektu w Stanach, teraz będzie kolejna odsłona w Groningen.

 

MŚ: Kiedy pokarzecie go na Ukrainie?

 

RM: Prawdopodobnie będzie to druga połowa tego roku. Wystawa na pewno będzie pokazana w Kijowie i toczą się na ten temat zaawansowane rozmowy.

 

MŚ: Pokazywałeś Ukraińcom te zdjęcia?

 

RM: Tak, niektórym tak.

 

MŚ: Z jakim spotkały się odbiorem?

 

RM: Ludzie, którym pokazywałem do tej pory te zdjęcia, są w jakiś sposób związani ze sztuką, więc myślę, że bardziej patrzyli na te zdjęcia jak na obrazy i fotografie, niż na coś, co w jakiś sposób stara się definiować Ukrainę. Podobały się i miałem pozytywne recenzje.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Oglądając twoje zdjęcia osobiście wyczuwam pewien nastrój oczekiwania. Nowe przestrzenie powstają w czymś nieprzewidywalnym i kryzysowym, w poczuciu bezsensowności. Poprzez chmurne, burzowe niebo, ciemne barwy, ponury, zniszczony krajobraz, z pojawiającymi się pojedynczymi postaciami, przenika myśl dotycząca przyszłości świata, który przedstawiasz. Ciekawi mnie jak to widzisz?

 

RM: Cały ten materiał jest bardziej społeczny niż polityczny. Nie wiem, czy jestem wstanie odpowiedzieć na to pytanie, bo bardzo mało znam Ukrainę, byłem tam raptem 4 razy. I to akurat w momencie, bardzo specyficznym dla Ukrainy. Ci, którzy byli bardziej proeuropejscy i chcieli zachować swoją odrębność narodową i kulturową wybrali rewolucję. Potem okazało się, że to, co usłyszeli od polityków nie sprawdziło się. Byli zdezorientowani. To była ich jedyna alternatywa wobec Rosji i okazało się, że nie działa. Pojawiło się pytanie: Wróci stary porządek pod przywództwem Janukowycza czy nie? Ciężko powiedzieć. Pewnie ci, którzy byli prorosyjscy, są teraz zadowoleni, choć tak na prawdę nie wiadomo jak to będzie wyglądało dalej.

 

 

MŚ: Nawiązując do przedstawianego cyklu można zauważyć dużo podobieństw między Polską i Ukrainą. Myślisz, że nasze polskie doświadczenia pomagają w odczytaniu tych zdjęć? Jest coś, czego nie doszuka się widz z innego rejonu świata?

 

RM: Nie sądzę, żeby te zdjęcia nie były zrozumiałe dla kogoś spoza naszego kręgu kulturowego. Chociaż pewnie ludzie, którzy mieszkają w Europie środkowo-wschodniej, oglądając te zdjęcia, przefiltrują je przez swoje doświadczenie. Mogą doszukać się wielu rzeczy, których nie znajdą np. Amerykanie czy zachodni Europejczycy. Nie wiem, czy jest to dla mnie kluczowe w odbiorze tych zdjęć, bo wierzę, że gdzieś tam są one jednak uniwersalne i dobrze ilustrują to, co chciałem pokazać.

 

MŚ: W twoich zdjęciach, nie tylko z przedstawianego na wystawie cyklu, zwraca uwagę pewien humanistyczny zachwyt nad człowiekiem. Masz ogromną wrażliwość, pasję i miłość do człowieka. Wrażenie jakie mam, odnosi się do opowieści o człowieku raczej poprzez formę głęboko egzystencjalną. Świat i życie ludzi, których dokumentujesz wydaje się przesycone pierwiastkiem dramatycznym, jakim jest przemijanie i zapomnienie. Czy chcesz przez to przekazać jakąś uniwersalną prawdę o człowieku? Czy przyświeca ci jakiś ogólny, spójny dla wszystkich twoich projektów punkt myślenia?

 

RM: Przychodzi mi tu na myśl to, co napisała Swietłana Aleksijewicz. Ona zawsze stara się znaleźć jak najwięcej człowieka w człowieku. Nieważne, w jakiej sytuacji się znalazł, nie ważne co robi i w jakim jest momencie swojego życia. Porostu się z tym zgadzam. Podpisuję się pod tym czterema łapami. U mnie zawsze jest człowiek na zdjęciu. Nie ważne czy on tam fizycznie występuje, czy to jest tylko jego ślad. Człowiek jest zawsze najważniejszy.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Twoje fotografie są przesycone wielowątkowością, moją w sobie coś więcej niż sam obraz, co czuje, jak sądzę wielu ludzi, którzy oglądają twoje zdjęcia. Co jest ważne, Twoim zdaniem, w fotografowaniu ludzi? Co starasz się wydobywać, czego szukasz w przedstawianej postaci?

 

RM: Zawsze szukam człowieka. Czy to jest w Rosji, Ukrainie czy przy opowieści o cyrku. On jest zawsze na pierwszym planie. Staram się nie oceniać ludzi, których fotografuje. To o czym mówisz to jest też kwestia doboru odpowiedniego tematu. Trzeba zadać sobie pytanie: jacy bohaterowie cię interesują najbardziej. Dla mnie takim tematem jest transformacja, nieważne czy dotyczy miejsca czy samego człowieka.

 

 

MŚ: Oczywiście to jest moje osobiste odczucie ale gdy oglądam Twoje zdjęcia, towarzyszą czy pojawiają się pytania o siebie, o to kim jestem.

 

RM: Dobrze jeżeli ta fotografia jest komunikatywna, uniwersalna. To, że pokazuję akurat Stasa, który mieszka a wschodniej Syberii to nie chodzi o Stasa, tu chodzi o wszystkich Stasów na świecie. Im bardziej relacje z tymi ludźmi są szczere I pogłębione, tym bardziej ktoś może coś w nich dla siebie znaleźć. Tym lepiej dla tych zdjęć. To, że fotografuję cyrkowców czy Pana Maksymiuka z Białej Podlaskiej to rzecz drugoplanowa. Tutaj chodzi o coś więcej niż tylko o tego człowieka, mimo, że on jest na tym zdjęciu i jest ważny. Zawsze chodzi mi o coś więcej, o postawienie tego człowieka w szerszym kontekście.

 

MŚ: Jak wspomniałem wcześniej odczuwam na twoich zdjęciach ogromne zainteresowanie człowiekiem. Czym jest twoim zdaniem fotografia dokumentalna w portrecie?

 

RM: To jest to o czym rozmawiamy cały czas, o człowieku i o dotarciu do niego. Dokument na tym się opiera. Idealnie jak uda nam się wykasować wszystkie stereotypy i zupełnie na świeżo do kogoś podejść. Nie kreując nikogo, nie kreując rzeczywistości i sytuacji. Tkwi tu pewien paradoks. Z jednej strony podoba mi się jak fotograf dużo wnosi do sytuacji, natomiast jest pewnie gdzieś jakaś granica gdzie czuje się, że to jest w jakiś sposób przedobrzone, przearanżowane, albo przerysowane po prostu. To są czasami bardzo delikatne niuanse. Im więcej tego prawdziwego człowieka przed obiektywem, tym lepiej dla portretu dokumentalnego.

 

Dodam jeszcze jedną rzecz. Sam nie wiem jak się pozycjonować, w tym sensie, kiedyś robiłem bardzo dużo klasycznego reportażu. Kiedy zacząłem pracować dla gazet, zacząłem robić bardzo dużo portretów. To na pewno odbiło się w jakiś sposób w tym, co robiłem dla siebie. To było ciekawe doświadczenie, bo wcześniej robiłem stosunkowo niewiele portretów. Teraz zauważyłem, że odchodzę od fotografowania ludzi. Co nie znaczy, że straciłem zainteresowanie człowiekiem. To co powiedziałem wcześniej, to, że człowieka nie ma na zdjęciu nie znaczy, że go tam w ogóle nie ma. Portretem dokumentalnym może być wszystko, niekoniecznie to musi być twarz człowieka.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Jaki masz sposób, jako fotograf by zbliżyć się do portretowanego człowieka? Pytam tutaj o Twoją relację fotografa z portretowanym?

 

RM: Przede wszystkim szacunek jaki okazujesz drugiemu człowiekowi i oczywiście - czas. Czas, uwaga którą poświęcasz swojemu modelowi. Dobrze jest jak fotograf spotyka się z fotografowaną osobą na tym samym poziomie. Nie można przyjść gdzieś i oceniać kogoś, pozycjonować go w jakiś sposób. Nieważne czy sytuacja w której się akurat znalazł jest dobra czy zła. Chodzi o to, żeby zapomnieć o tych wszystkich kliszach, o tym wszystkim co wiemy, żeby po prostu dotrzeć do człowieka. Wtedy jesteśmy wstanie bardziej go zrozumieć. Szacunek jaki okazujesz człowiekowi jest automatycznie odbijany.

 

MŚ: Szczerość za szczerość?

 

RM: Tak. To wszystko wraca i uśmiech. Uśmiech zawsze działa.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Sądzę, że na drodze artystycznej świadomości i dojrzałości fotograficznej przychodzi taki moment, w którym pozostajesz już sam. Bez autorytetów czy silnych wpływów osób, które cię rozwijają. Ale jak sądzę wielu z fotografów na początku swojej przygody z tym medium miało kogoś szczególnego, kto ich uczył czy rozwijał ich talent. Czy Ty też spotkałeś kogoś wyjątkowego na swojej drodze?

 

RM: W drodze twórczej tak naprawdę od samego początku jesteś sam. Nie dotyczy to tylko fotografii, ale każdej dziedziny twórczości. Miałem kilka bardzo ważnych postaci, które ukształtowały mnie jako fotografa. Jedną z nich był śp. Piotr Szymon, fotograf dokumentalista, który nauczył mnie podejścia do fotografii, do człowieka. Nie nauczył mnie fotografować, bo to jest bardziej kwestia wyćwiczenia. Ważniejsze jest to, co masz w głowie. On nauczył mnie postawy bycia fotografem i to było bardzo ważne i jest takim moim szkieletem, kręgosłupem fotograficznym. Na pewno istotne i bardzo cenne jest to, jak początkujący fotograf spotyka taką osobę gdzieś na swoje drodze. To jest bezcenne. Naturalnie cały czas pojawiają się takie postaci, które wywierają na mnie wpływ. Mam taką skłonność, łatwość, czasami nawet zbyt dużą, inspirowania się innymi fotografiami czy fotografami. Z jednej strony to może być zgubne, ale może też być odświeżające. Wiadomo, że gdzieś tam chcemy mówić swoim językiem. Chcemy mówić o tym, co my czujemy, a nie o tym, co czuje ktoś inny. Kiedy spotykasz silną osobowość, kogoś wyrazistego to wiadomo, że w jakiś sposób na ciebie oddziałuje.

 

Ważne dla mnie było spotkanie z Michaelem Ackermanem, który kiedyś przyjechał fotografować Śląsk i miąłem okazję się z nim zetknąć. Było to dla mnie mocne doświadczenie.

 

MŚ: Ty zdaje się jesteś Ślązakiem?

 

RM: Nie wiem tak naprawdę, kim ja jestem. Urodziłem się na Śląsku i czuję się Ślązakiem. Ale nie jestem Ślązakiem z dziada pradziada i jak by to usłyszał prawdziwy Ślązak mógłby się obrazić. Jestem z kresów cały.

 

MŚ: Część swoich działań tworzysz pod szyldem Sputnik Photos. Możesz coś więcej opowiedzieć o tym kolektywie. Jego historii, założeniom i przede wszystkim fotografom uczestniczącym w tym projekcie.

 

RM: To są wspaniali ludzie i bardzo zdolni fotografowie. W dużym skrócie istniejemy już ponad 4 lata. Większość z nas spotkała się na warsztatach VII Photo Agency w Francji w 2004 roku. Stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy z tego samego regionu, to może zrobimy wspólnie jakiś projekt. Założyliśmy stowarzyszenie. Aplikowaliśmy o grant w Europejskiej Fundacji Kultury i dostaliśmy go. Tak to się zaczęło. Zaczęliśmy realizować grupowy projekt, czego owocem było kilkanaście wystaw w pięciu czy sześciu krajach europejskich oraz wydanie książki.

 

Sputnik Photos to jest grupa znajomych, a nie agencja fotograficzna w ścisłym sensie. Istniejemy właściwie od projektu do projektu, ale nieprzerwanie, bo tak się składa, że ciągle wspólnie nad czymś pracujemy.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Możesz coś powiedzieć o charakterze tej wspólnej pracy?

 

RM: Działa to tak, że wymyślamy sobie jakiś temat. Pierwszy projekt jaki zrobiliśmy dotyczył migracji zarobkowej w naszej części Europy. Był to czas, młodzi ludzie z naszego regionu zaczęli wyjeżdżać na Wyspy Brytyjskie i do Irlandii. Wszyscy wtedy skoncentrowali się na emigrantach z Polski, Czech, Słowacji do Europy Zachodniej, a my stwierdziliśmy, że opowiemy o ludziach, którzy przyjeżdżają do pracy w naszych krajach. Projekt dotyczył Białorusinów, Ukraińców, Wietnamczyków, a była też historia o Kameruńczyku. Kolejnym projektem była Ukraina. Aktualnie dostaliśmy granta na realizację nowego projektu, ale na razie nie będę o nim mówił. W 2011 odsłona.

 

Generalnie praca fotografa jest pracą indywidualną i dużym wyzwaniem jest praca w grupie. Są projekty, których nie ogarniesz sam, fajnie jest to zrobić w zespole. Takie projekty sobie wymyślamy, żeby dla każdego z nas znaleźć jakieś miejsce i to jest super.

 

 

MŚ: Osobiście podobają mi się bardzo prace Andreja Liankevicha, który również należy do Sputnik Photos. Możesz coś opowiedzieć o tym fotografie?

 

RM: To jest nasz najnowszy nabytek, jeżeli można tak powiedzieć. Andrei to bardzo zdolny młody białoruski fotograf. Myślę, że to jest skarb dla białoruskiej fotografii. Oprócz tego, że fotografuje, to organizuje warsztaty na Białorusi, prowadzi szkołę fotografii, uczy też fotografii w Wilnie. Jest bardzo aktywnym człowiekiem i ma bardzo dużo działań poza fotograficznych, co mi się bardzo podoba. Patrząc też na to, co się dzieje na Białorusi to w ogóle nie ma tam kultury fotograficznej. Tam każda ambitniejsza rzecz jest na wagę złota. I to moim zdaniem robi Andrei.

 

MŚ: Myślę, że świat społeczny i kulturowy republik byłego Związku Radzieckiego jest wyjątkowy dla fotografów. Brak bezpieczeństwa i stabilizacji, nieustanne zamieszanie i pozostałości po byłym reżimie militarnym również w sferze mentalnej mieszkańców tamtych krajów, dają fantastyczny punkt zaczepienia do fotograficznych tematów. Spotkałem się jednak z opinią, że najciekawsze cykle fotograficzne powstające na ten temat robią artyści spoza tych krajów. Może jest to kwestia dystansu i wrażliwości. Jak sądzisz, z czego może wynikać taki punkt widzenia? Ciekawi mnie też, czy jakieś prace innego artysty dokumentujące ten rejon świata zwróciły twoją szczególną uwagę i dlaczego?

 

RM: Rzeczywiście wygląda to tak, że większość materiałów, które powstają nie tylko w tym rejonie świata, ale wszędzie generalnie, to są historie opowiadane przez ludzi z zewnątrz. W przypadku Rosji jest kilku, moim zdaniem bardzo dobrych fotografów. Chociażby Sasza Gronsky, Rena EfFendi czy Sergiej Maksymiszyn. Może to wynika z tego, że najtrudniej fotografuje się to, co jest w twoim bezpośrednim sąsiedztwie. Dlatego też staram się przekonać moich studentów do tego żeby mieli oczy otwarte. To jest bardzo trudne. Często ludzie pytają mnie, dlaczego tego, co zrobiłem w Rosji nie zrobiłem w Polsce. Odpowiedź jest bardzo prosta. Dla mnie Polska kojarzy sie z głównie z pracą zawodową, może dlatego potrzebuję wyjechać gdzieś żeby zmienić rytm pracy. Czasem robię małe projekty w Polsce ale póki co, zbyt wiele rzeczy mnie tu rozprasza jako fotografa.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Bliska Ci jest szersza refleksja mówiąca o tym, że wszystko zostało już sfotografowane. Co masz na myśli?

 

RM: Chodzi o temat i miejsce. Nie ma właściwie teraz już takich miejsc lub jest bardzo mało, które odkrywamy, czy poznajemy wizualnie. To nie są już czasy, kiedy odkrywaliśmy jak żyją ludzie gdzieś indziej niż na przykład w Europie. To, co robiła agencja Magnum na początku swojej działalności 40 czy 50 lat temu. Nie mówię, że to było krajoznawczo - turystyczna fotografia, bo oczywiście te miejsca były odkryte geograficznie i naukowo. Natomiast odkrywanie wizualne świata zaczęło się właśnie wtedy.

 

Teraz tak ogromny natłok obrazów, tematów i informacji powoduje, że bardzo ciężko jest wyhaczyć taki temat, który wszystkich zaskoczy. W
tym rozumieniu wszystko zostało już sfotografowane.

 

Cały problem polega na tym żeby przefiltrować taki temat przez siebie. Jestem przekonany, że jest to jedyny sposób żeby zainteresować widza jeszcze czymś, dodać coś od siebie, coś takiego co spowoduje, że widz będzie chciał to oglądać. Bo dlaczego właściwie ktoś ma chcieć oglądać po raz pięćdziesiąty Rosję, Śląsk, cyrk itd. Natomiast można wybrać sobie taki fragment rzeczywistości, skupić się na nim i dodać siebie do tego i wtedy może to być ciekawe. Generalnie temat jest wszędzie i nie ważne, czy to jest konflikt na drugim końcu świata, czy to jest życie sąsiadów. To jest kwestia tego, co nas interesuje, o czym chcemy opowiadać. Moim zdaniem nie ma złych tematów, są złe realizacje.

 

MŚ: Powiedziałeś 'coś nowego opowiedzieć' i masz tu na myśli własny punkt widzenia i spojrzenie twórcy na temat. Ale po czym poznać, że to jest właśnie twoje i nowe?

 

RM: Takiej gwarancji nigdy nie dostajesz, że to co akurat robisz otwiera jakąś nową furtkę. Moim zdaniem, jeżeli robisz coś w zgodzie ze sobą i robisz coś szczerze z zaangażowaniem to naprawdę jest szansa, że powstanie coś ciekawego, coś co w jakiś sposób przyciągnie uwagę.

MŚ: Takie poszukiwanie nowych przestrzeni w fotografii odbywa się dla samego siebie, czy raczej należy patrzeć na to w kontekście pokazania szerzej tej opowieści.

RM: Fotografowie, twórcy, generalnie myślę, że w większości nie robią tego do szuflady. Problem polega na tym, czy świat będzie chciał oglądać to, co my akurat robimy. Czy to będzie ciekawe tylko dla nas, dla kręgu naszych znajomych czy dla jakiejś szerszej grupy. Myślę, że ważne jest przede wszystkim to, żeby czegoś nie udawać, robić coś w wyniku jakiejś głębokiej potrzeby i z przekonaniem. Filtrować to przez siebie. Ale też nie ma niestety gwarancji, że to będzie super odkrywcze. Trzeba próbować, po prostu.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Patrząc szerzej na twoje prace, zwłaszcza projekty autorskie, zwraca uwagę głęboka znajomość tradycji fotografii, czuć ogromną kulturę i świadomość wizualną. Jakiego rodzaju wykształcenie artystyczne posiadasz i jak je rozwijasz?

 

RM: Jestem grafikiem z wykształcenia. Dopiero po studiach na ASP pojawiła się fotografia i myślę, że nie jest to bez znaczenia. Czasami jest to dla mnie dużym problemem, bo przywiązuję dużą wagę do estetycznej i formalnej strony zdjęcia. Lubię jak zdjęcie wizualnie jest mocne i problem polega na tym, żeby nie była to tylko formalna wydmuszka. Żeby było też coś w środku.

 

Wykształcenie grafika, znajomość historii sztuki i fotografii, jest w pewien sposób otwierające. Cała historia sztuki posługuje się symbolami. Jest bardzo dużo cytatów, odnośników i fajnie mieć świadomość tego wszystkiego i wykorzystywania odpowiedniego środka do odpowiedniego tematu. To jest fajne.

 

MŚ: Sądzisz, że posiadasz własny styl?

 

RM: Myślę, że jestem daleki bardzo od czegoś takiego jak mój styl czy w ogóle styl. Robię tak różne rzeczy, co widać chociażby na przykładzie mojej strony internetowej. Można odnieść wrażenie, że zdjęcia tam zawarte robiło kilku różnych fotografów i kompletnie mi to nie przeszkadza. Taka wszechstronność jest bardzo odświeżająca i na razie dobrze się z tym czuję. Styl to jest coś, co się rodzi i wykształca po wielu latach pracy.

 

MŚ: A propos rozwijania własnej świadomości wizualnej. Czy to jest ciągła praca, uczenie się i obserwowanie?

 

RM: Wszystko buduje naszą świadomość. Wszystko buduje naszą wrażliwość. Czy to są zdjęcia, filmy, książki, czy po prostu spotkanie
z ciekawym człowiekiem. Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nam otworzy jakąś klapkę w głowie. To jest fascynujące.

 

Ostatnio np. jestem zachwycony słowami, literaturą. Sądzę, że dobra literatura potrafi być dużo mocniejsza niż dobry obraz. Wynika to z tego, że obraz daje nam już gotowe rozwiązanie, natomiast dobry tekst angażuje naszą wyobraźnię i chociaż wymaga od nas więcej wysiłku, to daje dużo większą satysfakcję, jeżeli potrafimy sobie to wszystko zobrazować. Na mnie, przynajmniej ostatnio działają słowa. Jestem pod ogromnym wrażeniem Swietłany Aleksijewicz. Może dlatego, że myślę o jej tekstach w kontekście albumu nad którym aktualnie pracuję. Jej pisanie zwaliło mnie z nóg. Coś tak niesamowicie mocnego, wyrazistego, dawno nie zrobiło na mnie wrażenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Jakiego rodzaju jest to pisarstwo?

 

RM: To jest reportaż. Ona pisze głównie o Związku Radzieckim. Jej słowa mają ogromy ciężar, są to tematy o Czarnobylu, ludziach, którzy popełnili samobójstwo po rozpadzie ZSRR czy wojnie w Afgańsko-Radzieckiej. Zwłaszcza, że ona doświadczyła tego na własnej skórze rozmawiając z tymi ludźmi. Jej książki opierają się na zredagowanych przez nią wypowiedziach ludzi, monologach, prawdziwych opowieściach swoich bohaterów.

 

MŚ: Zgadzam się z opinią, że dokument jest siłą fotografii. Opowieść i interpretacja jest w oku widza, ale poprzez inscenizowanie i pewne manipulowanie rzeczywistością przez fotografa, można przekroczyć tę granicę, jaką jest własne doświadczenie odbiorcy. Czegoś widza można nauczyć, czy też sprowokować do konkretnego myślenia, uwrażliwić go na coś. Jak sądzisz, czy można jeszcze traktować fotografię dokumentalną, jako siłę umożliwiającą szeroko rozumianą zmianę świata? Czy należy raczej patrzeć na nią, jako osobistą opowieść dla niszowej czy wybranej grupy odbiorców?

 

RM: Czy fotografia pozwala zmieniać świat? Krótko. Nie, nie wierzę, że fotografia może zmienić świat, przynajmniej w globalnym sensie. Zależy oczywiście, co rozumiemy jako świat. Czy światem jest życie jednego człowieka, to pewnie w jakiś sposób tak. Ale jednak nie przeceniałbym roli fotografii w tym sensie. Przychodzi mi tu na myśl taka scena z filmu 'Hotel Rwanda', w której reporter wojenny spotyka się z miejscowym pracownikiem hotelu. Wiadomo, dzieją się straszne rzeczy. Hutu wyrzynają Tutsi i na odwrót. W pewnym momencie reporter pokazuje pracownikowi hotelu materiał, jaki nakręcił po czym zaczyna go przepraszać, że zobaczył to, co tam się dzieje. Na to tamten mówi, że nie, bardzo dobrze że to nakręcił, bo teraz ludzie zobaczą, co tu się dzieje i coś zrobią. A reporter na to, że jedyne co zrobią to powiedzą 'to straszne' i pójdą dalej jeść obiad. Oczywiście to jest symboliczna scena i nie w każdym wypadku tak to wygląda, ale generalnie sądzę, że tak jest. Nie wierzę, żeby fotografia w jakiś realny sposób miała wpływ na bieg historii.

 

MŚ: Ale jednak nie wykluczasz, że jest wstanie coś zmienić?

 

RM: Zależy w jakiej skali. Nie mówię oczywiście, że nie warto tego robić. Bo warto to robić. Dokument czy reportaż fotograficzny jest swoistym wyrzutem sumienia. To bardzo dobrze. To jest taka czerwona lampka, która gdzieś tam nam się zapala. Nawet jeżeli w jakiś wymierny sposób nic nie zmieni, to taki mały wyrzut sumienia, to jest bardzo dobra rzecz. Jeżeli ktoś stworzy wartościowy materiał i to sprowokuje
przynajmniej kilku ludzi do działania, to już jest duży sukces. Generalnie jednak nie wierzę w jakąś globalną, czy drastyczną zmianę.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Sądzisz, że kilkadziesiąt lat temu było to prostsze?

 

RM: Myślę, że kiedyś ludzie bardziej w to wierzyli. Bardziej wierzyli w telewizję, w przekaz medialny, w to, co widzą na zdjęciach i obrazach. Teraz są pokazywane konflikty z różnych miejsc na świecie. Czy te konflikty się skończyły, nie, niestety nie. Tak naprawdę się nic nie zmienia. Co nie znaczy, że pokazywanie tego co się dzieje na świecie nie jest ważne. Kto wie co by się działo, gdybyśmy tego w ogóle nie pokazywali.

 

MŚ: Odbierasz tę możliwości zmiany świata przez fotografię wyłącznie w wymiarze drastycznym?

 

RM: Chodziło mi o globalną skalę. Nie ważne, jaki przykład tutaj podamy, czy to będzie konflikt, czy świat byłego cyrkowca. Nie sądzę, żeby to w jakiś znaczący sposób wpływało na rzeczywistość. Oczywiście dzieją się fajne rzeczy. Na przykład, po moich zdjęciach cyrkowych i rozgłosie jaki zyskały, bohaterowie tych zdjęć dzięki temu w jakiś sposób odżyli. To był bardzo fajny efekt, chociaż uboczny trochę i nieplanowany, ale ludzie znowu zaczęli się nimi interesować. Zgłaszali się do nich filmowcy, którzy chcieli zrobić o nich kolejny film, czy zaprosić ich do jakiegoś spektaklu. Ja nie mówię, że był to bezpośredni efekt tych zdjęć, natomiast była to taka moja mała cegiełka. W tym sensie czasami dzieją się dobre rzeczy.

 

MŚ: Zmieniając nieco temat. Realizowałeś cykl szkoły kadetów na Syberii. Jak ci się udało dotrzeć w tamto miejsce?

 

RM: To był czysty przypadek i tak naprawdę była to bardzo krótka historia. Rozegrała się w jeden czy dwa dni. To był materiał, który powstał przy okazji zupełnie innego cyklu. Tak się złożyło, że znajomy, który pracował przy jakieś lokalnej kampanii wyborczej miał kontakt z jednym z kandydatów. Był to były wysokiej rangi emerytowany oficer. Wystarczył jeden telefon i bez żadnych zezwoleń mogłem robić swobodnie zdjęcia w środku. Później chciałem oficjalnie dostać się do podobnej szkoły w innym mieście i nie było tak łatwo, bo starłem się z lokalną biurokracją. Ale nie było to niemożliwe do załatwienia. Faktem jest, że specjalnie też mi na tym nie zależało. Szkoły kadetów nie są militarnymi i strategicznie ważnymi obiektami.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Twoje zdjęcia autorskie dotykają głównie tematyki społecznej i na pewno nie robią tego w lekki sposób. Rozumiem, że taka praca fotograficzna jest narażona na swoistą alienację. Nie interesują się nią popularne media, a co za tym idzie, jest mało dochodowa dla fotografa. Ty jednak uparcie realizujesz własne projekty. Jak sobie radzisz w połączeniu działań komercyjnych z praca autorską, która na pewno wymaga więcej czasu i jak sądzę, pewnego myślowego 'oczyszczenia'?

 

RM: W moim przypadku gdzieś to się cały czas przeplata. Po prostu muszę pracować po to żeby wydawać te pieniądze na autorskie projekty. I specjalnie nie mam powodu żeby narzekać. Tak wygląda życie i zawód fotografa. Tam gdzie mogę się w pełni wypowiedzieć to są rzeczy, które robie dla siebie, projekty autorskie. Na pewno taką funkcję spełnił wyjazd nad Morze Czarne. To był czas, kiedy bardzo intensywnie pracowałem na zlecenia różnych gazet i potrzebowałem w pewien sposób drastycznie zmienić otoczenie. Wtedy przyszedł ten projekt i mogłem się po prostu zresetować.

 

MŚ: Czy można powiedzieć, że niezbędne jest takie fotograficzne katharsis?

 

RM: Oczywiście idealną sytuacją jest robić to, co wychodzi od ciebie. Myślę, że każdy do tego dąży w pewien sposób. Znalezienie tego odpowiedniego balansu to jest bardzo ważna rzecz. To co robię dla siebie to są takie fotograficzne wakacje. Często zdarza mi się taka sytuacja kiedy robię rzeczy autorskie dla siebie, wtedy nie zarabiam pieniędzy i pojawia się taka refleksja, że powinienem zarabiać, a nie robić sztukę. Kiedy znowu zaczynam pracować zarobkowo to zaczynam tęsknić za autorskimi projektami. Jedno z drugim może współistnieć. U każdego fotografa te proporcje są różne.

 

Nie można zapominać, że zlecenia komercyjne mają też swoje fajne strony. Poznaje się mnóstwo ciekawych ludzi. Są to czasami fajne wyzwania, trzeba szybko reagować w różnych sytuacjach, zmuszać się do innego rodzaju myślenia. Może też to być odświeżenie wobec tego, co robisz dla siebie.

 

MŚ: Można odnieść wrażenie, że prasowy fotoreportaż zaczął przybierać postać telewizyjnych newsów. Istota tematu jest przesuwana na drugi plan, a dominującym elementem staje się populistyczna atrakcyjność obrazu i jego treści. Jak oceniasz współczesny dokument i prace, jakich obecnie tworzących dokumentalistów w Polsce i na świecie uważasz za istotne?

 

RM: Jest kilka takich nazwisk. Mnie ostatnio fascynują fotografowie z południowej Afryki. Są teraz bardzo widoczni. Tacy fotografowie chociażby jak Adam Broomberg i Oliver Chanarin, Peter Hugo, Michael Subotzky, Dawid Golblad czy chociażby Jodi Bieber.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Wymieniasz nazwiska ze szczytu fotograficznego.

 

RM: Tak na pewno, oni są teraz na topie i podoba mi się sposób, w jaki opowiadają o współczesnej Afryce. Jest mi to w jakiś sposób bliskie i inspirujące.

 

MŚ: A jeżeli chodzi o Polskę?

 

RM: Na pewno ważną dla mnie postacią we współczesnym dokumencie jest Andrzej Kramarz. Bardzo cenię to co robi jako fotograf, kurator i były współorganizator miesiąca fotografii w Krakowie. Takie osoby to jest skarb dla polskiej fotografii. Bardzo podoba mi się to co robi Kuba Dąbrowski czy Adam Pańczuk. Jest wiele dobrych zjawisk w polskiej fotografii.

 

MŚ: W wymiarze artystycznym reprezentuje cię warszawska Yours Gallery. Zorganizowałeś już wiele wystaw oraz jesteś laureatem kilku prestiżowych nagród w świecie fotografii. Ciekawi mnie twoja opinia na temat rynku sztuki w polskiej fotografii współczesnej oraz różnic jakie są między takim rynkiem na świecie?

 

RM: Nie ma tutaj takiego rynku jeszcze, niestety.

 

MŚ: Czy bycie artystą fotografem w naszym kraju skazane jest na nieustanna pustkę w kieszeni?

 

RM: Jeżeli chcemy żyć ze sprzedawania własnych zdjęć, jako dzieł sztuki, to niestety tak. Po prostu rynek fotograficzny w wymiarze galeryjnym praktycznie nie istnieje w Polsce. Ludzie jeszcze nie przyzwyczaili się do tego, że dobre zdjęcie w określonej kontrolowanej edycji jest tak samo wartościowe jak obraz czy rzeźba. Jest tak samo unikatowe. Może wynika to z tego, że fotografia jest tak powszechna i kojarzy nam się z czymś bardzo pospolitym. Nie zawsze tak musi być.

 

MŚ: A nie chodzi tu o brak społecznej świadomości wizualnej?

 

RM: To też. Nasze społeczeństwo to tak naprawdę wizualni analfabeci. Tak też się złożyło, że jesteśmy opóźnieni w rozwoju wizualnym i kulturalnym, oczywiście generalizując, jako społeczeństwo. Niestety tak to wygląda i mam nadzieję, że to będzie się zmieniać. Jeleń na rykowisku to jest to, co nas pasjonuje. Choć nie mam nic przeciwko jeleniom osobiście.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Fotografia stała się równoprawną dziedziną sztuki?

 

RM: Taką równoprawną dziedziną sztuki jest stosunkowo od niedawna dotyczy to również cen jakie zaczęła osiągać.

 

MŚ: Zastanawia mnie, czy nie masz poczucia, że Ty i Tobie podobni, w rozumieniu tych wszystkich polskich fotografów, którzy osiągają sukcesy za granicą, a jest kilku czy kilkunastu i ta średnia stale rośnie.

 

RM: Bardzo dobrze, uczymy się.

 

MŚ: Budujecie właśnie taką wartościową świadomość wizualną związaną z fotografią.

 

RM: W bardzo szerokim kontekście to cieszę się, że zaczęliśmy wychodzić poza nasz kraj i absolutnie nie powinniśmy mieć kompleksów wobec tego, co się dzieje poza Polską. Naprawdę dużo dobrego dzieje się w polskiej fotografii. Wreszcie zaczynamy doganiać resztę świata. Tylko znowu jest to zjawisko stosunków młode, które ma kilka lat zaledwie. Mam nadzieję, że powstanie coś trwałego, coś co wytrzyma trochę dłużej i że nie będzie to tylko kolejna moda, która przeminie za kilka lat.

 

MŚ: Jak można zauważyć, najbardziej interesuje Cię opowiadanie historii poprzez fotografię. Być może logiczne byłoby zapytanie Cię o cykl fotografii, który według Ciebie opowiada najważniejszą z historii. Przewrotnie jednak spytam o pojedyncze zdjęcie ? które przecież też może dużo sobą opowiedzieć. Czy masz jakąś szczególną fotografię, bliską sercu, z którą wiąże się jakaś wyjątkowa historia?

 

 

RM: Generalnie najbliższe mi są zdjęcia, które zrobiłem ostatnio oraz to wszystko, co aktualnie siedzi mi w głowie. To nie znaczy, że nie lubię zdjęć np. Z cyklu 'Szare' o Górnym Śląsku i nie uważam, że są to złe zdjęcia. Ale to jest dla mnie już bardzo odległy sposób myślenia. Albo nie sądzę , żebym potrafił jeszcze raz, w taki sam sposób sfotografować rybaków, który to reportaż był jednym z pierwszych jakie zrobiłem. Jeżeli chodzi o taki rodzaj obrazowania to nigdy później nie byłem w stanie zrobić czegoś równie dobrego.

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Ze zdjęć, które będziemy mogli zobaczyć na wystawie, które szczególnie lubisz?

 

RM: Bardzo lubię zdjęcie z sanatorium dla weteranów wojennych. To jest taka scena grupowa i jedno z chyba dwóch zdjęć, na którym występuje więcej niż jeden człowiek. Powstało przy okazji potańcówki dla pensjonariuszy. Lubię to zdjęcie, dlatego, że jest spontaniczne i przez to, że ta sytuacja nie jest w ogóle aranżowana. Lubię też zdjęcie statku w porcie. Bardzo lubię kilka zdjęć samego morza. Przypominają mi, jak wstawałem o świecie i słuchałem morza, gapiłem się na nie i oddychałem nim, nie robiąc wcale zdjęć.

 

MŚ: Zajmujesz się również nauką sztuki fotografii na polskich uczelniach?

 

RM: Uczę w jednej szkole w dwóch miejscach. W Akademii Fotografii w Warszawie i Krakowie.

 

MŚ: Jakiego zagadnienia w fotografii dotyczą Twoje zajęcia i na co kładziesz szczególny nacisk, na co uwrażliwiasz w pracy swoich studentów?

 

RM: Prowadzę zajęcia w pracowni dokumentu i to, do czego staram się namówić studentów, to właśnie do dokumentalnej interpretacji tego co ich otacza. Żeby zaczęli przyglądać się temu, co jest dookoła i zaczęli to filtrować przez siebie. Bardzo to lubię, zwłaszcza jeżeli jest odzew,
interakcja i ta energia płynie z drugiej strony, to jest to jeszcze przyjemniejsze. Są takie grupy, są taki dni, są takie miesiące, gdzie tego jest
więcej i jest wtedy bardzo przyjemnie i fajnie. Bardzo dużo mi to daje, bo opowiadając o czymś, mówiąc w ogóle o czymś, wiele rzeczy trzeba sobie samemu gdzieś tam ułożyć w głowie i jest to na pewno fajne ćwiczenie. Są pewne rzeczy, o których sobie myślimy i wydaje się nam to oczywiste natomiast w momencie, kiedy je powiemy na głos , one gdzieś tam się porządkują i to jest coś co jest dla mnie ważne w uczeniu.

 

MŚ: Czyli bardzo dużo uczymy się, ucząc innych?

 

RM: Tak, absolutnie się z tym zgadzam. Fajne jest to, że spotykasz bardzo dużo różnych ludzi. Czasami bardzo ciekawych, młodych, początkujących fotografów, którzy mają czasami dobre i świeże pomysły. To też w jakiś sposób cię odświeża, motywuje do pracy.

 

MŚ: Jest ktoś szczególny z ludzi których uczysz, na kogo zwróciłbyś nam uwagę?

 

RM: Tak, szczególnie w Krakowie jest kilka ciekawych postaci. Nie pamiętam teraz nazwisk, ale jest niestety to mały procent wszystkich ludzi z tych, których uczę. Tak naprawdę to dla nich prowadzę te zajęcia. Na przykład w Warszawie takim młodym zdolnym fotografem i mam nadzieję, że będzie mu się dobrze układać jest Patryk Karwowski, który ciężko pracował przez okres, w jakim go uczyłem i zaczyna powoli funkcjonować jako fotograf. Jest Krzysiek z Krakowa, który zrobił bardzo fajny cykl portretów z salonów kosmetycznych. Czasami trafiają się perełki.

 

Ale często też pojawiają się nie fotograficzne historie. Ostatnio ciekawa rzecz zdarzyła się, kiedy ludzie przynieśli zdjęcia, i to wcale nie było najciekawsze. Najciekawsze było to, co oni opowiadali o tych sytuacjach, o tym wszystkim, co się działo obok tych zdjęć. I były to naprawdę niesamowite historie.

 

Zmierzam do tego, że przede wszystkim chciałbym, żeby studenci nauczyli się myśleć. Zdjęcia możesz się nauczyć się robić wcześniej czy później, ale ważne jest to skąd one wychodzą. Mogą wychodzić z głowy, z serca czy żołądka. To jest ważne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Z jakim z żyjących lub nieżyjących fotografów chciałbyś spędzić noc przy butelce whisky i dlaczego?

 

RM: Widzisz, to jest zabawne, bo zawsze jak spotykam jakiegoś sławnego fotografa to zapominam języka w gębie. Nie wiem, o co mam go zapytać. Dopiero jak się rozstajemy to pytania gdzieś tam napływają. Zawsze stresowały mnie spotkania z wielkimi. Cześć wspaniałych fotografów spotkałem już na swojej drodze i może to nie była butelka whisky, ale miałem to szczęście, że się przetoczyłem gdzieś w ich okolicach.

 

Jednym z takich fotografów był na pewno Adam Broomberg, którego poznałem przy okazji portfolio review w Krakowie kilka lat temu. Dla mnie jest on fotografem bardzo inteligentnym. Wraz z Oliverem Chanarinem realizują bardzo mocne i wyraziste projekty. Tam wszystko na poziomie zarówno konceptualnym jak i wizualnym jest doskonale poukładane.

 

MŚ: O ile pamiętam to oni umożliwili umysłowo chorym na robienie sobie zdjęć?

 

RM: Tak, To była cześć projektu Ghetto. Album który został wydany pod tym samym tytułem należy do najważniejszych projektów z jakimi się do tej pory spotkałem. Może to niezbyt oryginalne ale na pewno chciałbym porozmawiać z Nan Goldin.

 

MŚ: Jako języka sztuki używasz przede wszystkim fotografii, ale zauważyłem, że jesteś otwarty na wykorzystywanie innych środków niejako dopowiadających twoje historie. Robisz filmy wideo, ciekawe publikacje i opracowania tekstowe. Z czego to wynika?

 

RM: Nie wszystko da się opowiedzieć stałymi obrazami. Są rzeczy, które lepiej opisuje dźwięk, które lepiej opisuje tekst, o których lepiej jest opowiedzieć niż pokazać. Rzeczy, które fajniej funkcjonują jako ruchomy obraz niż stały. To daje odbiorcy dużo większa ilość wrażeń. Nie chodzi o efekciarstwo tylko o bogatszy i pełniejszy obraz.

 

MŚ: Sądzisz, że rozwój technologiczny sprzętu fotograficznego jako narzędzia przestanie być używany przez artystów fotografów? Że za jakiś czas prawdziwą fotografią, cenioną, będzie obraz rejestrowany na kliszy np. przez wielkoformatowy aparat?

 

RM: To jest bardzo indywidualne, czy robisz zdjęcia polaroidem czy małpką, czy wielkim formatem. Myślę, że to ma drugorzędne znaczenie. W moim przypadku akurat jest tak, że jak mam aparat cyfrowy w ręku to głupieję. Ale są tacy ludzie, którzy doskonale potrafią wykorzystać to narzędzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MŚ: Czy sądzisz, że prasa drukowana niedługo zniknie i formy dokumentalne czy reporterskie przeniosą sie do telewizji i internetu? Czy fotografia prezentowana w internecie rządzi się swoimi prawami?

 

RM: Internet daje niesamowite możliwości. Nie jesteś ograniczony chociażby liczbą stron. Możesz pokazać esej składający się z kilkudziesięciu zdjęć czy zrobić multimedia, które pokażą naprawdę obszerną historię. Na pewno to nie jest to samo co 5, 6 zdjęć jakie możesz wydrukować na papierze. Problem internetu polega na tym, że jest tani i ogólnodostępny. To, co się tam pojawia, nie sprawia wrażenia elitarności i poczucia, że za coś wartościowego trzeba zapłacić.

 

MŚ: Czy podstawową w tym wszystkim jest kwestia praw autorskich?

RM: Tak, na pewno. Moim zdaniem stawki za publikacje internetowe przynajmniej w Polsce są kompletnie nieadekwatne do nakładu poniesionej pracy. Weźmy na przykład eseje multimedialne publikowane w wydaniach internetowych gazet. Tylko niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że realizacja takiego materiału jest dużo bardziej praco i czasochłonna niż ta nad materiałem fotograficznym. Chodzi mi o efekt końcowy. Zrobienie dobrych multimediów w moim przypadku pochłonęło pięciokrotnie więcej czasu, niż praca nad samymi zdjęciami. Prasa przeniesie się do internetu, bo będzie musiała - ze względów ekonomicznych. Mam nadzieję, że wraz z tą zmianą pójdą zmiany stawek za publikacje internetowe.

 

MŚ: Zastanawia Cię przyszłość fotografii?

 

RM: Fotografia raczej nie umrze jeżeli o to pytasz. Jeżeli będzie się miała tak dobrze jak w ostatnich latach to jestem o nią spokojny.

 

MŚ: Co spowodowało, że ostatnio się śmiałeś?

 

RM: Nie pamiętam, coś głupiego pewnie.

 

 

Rozmowę z Rafałem Milachem przeprowadził Mariusz Śledź / www.modernphoto.pl
Więcej prac Rafała można obejrzeć na jego stronie internetowej: www.rafalmilach.com

 

 

 

 

RAFAŁ MILACH / BIOGRAFIA

Urodzony w Gliwicach (1978). Po zakończeniu studiów na wydziale grafiki ASP w Katowicach (2002) oraz Instytucie Twórczej Fotografii w Czeskiej Opawie (2003) przenosi się do Warszawy gdzie współpracuje z czołowymi polskimi tygodnikami Newsweek Polska, Przekrój i Polityka. W 2006r Rafał zostaje członkiem austryjackiej agencji Anzenberger. Jego fotografie publikuje Time, Newsweek, GQ, D de Repubblica, Courrier International, L’espresso, Die Zeit. Równolegle ze zleceniami prasowymi Rafał pracuje nad swoimi projektami autorskimi Szare, Znikający Cyrk, Młoda Rosja, Czarne Morze betonu, które wystawiane są na najważniejszych międzynarodowych festiwalach fotograficznych Photoespana, Look3, Fotoweek DC, Backlight oraz w Museum of Modern Art MoCA Shanghai. W 2007 roku Rafał bierze udział w prestiżowych warsztatach Joop Swart Mastercalss organizowanych przez fundację World Press Photo w Amsterdamie. Jego Prace nagradzone zostały w konkursach World Press Photo oraz Pictures of the Year International. Rafał jest współzałożycielem kolektywu fotografów Sputnik Photos.


www.rafalmilach.com

 

 

 

 

 


News www.wspolczesnafotografia.pl/site/143/rafal-milach.html

Modern photo / Przedstawiamy

JEFFREY STOCKBRIDGE

15.08.2009 JEFFREY STOCKBRIDGE w wywiadzie z Modern Photo:

1/20
   

Modern photo / Współczesna fotografia

Serwis www.wspolczesnafotografia.pl jest integralną częścią projektu Modern Photo. Zamieszczamy tutaj w wersji / html /  wywiady i rozmowy z fotografami które ukazały się na stronach serwisu Modern photo.

 

Głównym celem serwisów: www.modernphoto.plwww.wspolczesnafotografia.pl jest promocja dobrej współczesnej fotografii oraz przedstawianie ciekawych twórców i artystów fotografów oraz ich prac. Projekt Modern Photo / Współczesna fotografia stara się pokazywać czym jest współczesna fotografia. Jak się rozwija i dokąd zmierza współczesna fotografia. Znajdziecie tutaj linki do najciekawszych zdaniem zespołu www.modernphoto.pl sutorskich galerii fotografii, które zgrupowaliśmy tematycznie w róznych kategoriach. Zamieszczamy również prezentacje oraz rozmowy z artystami fotografami.

 

Zamieszczamy również różnego rodzaju informacje z zakresu fotografii współczesnej: wystawy zdjęć, galerie fotografii, festiwale fotografii oraz aktualności z zakresu tego czym jest współczesna fotografia.

 

 


Więcej informacji