ADAM PAŃCZUK
29.01.2010 / ADAM PAŃCZUK w rozmowie z Modernphoto:
MP: Cykl zdjęć 'Karczeby' przedstawia świat ludzi silnie związanych z ziemią na której żyją od pokoleń. O ile konwencja wsi polskiej jest stale obecna w polskiej fotografii, to twoje zdjęcia udowadniają możliwość odkrywania i przedstawiania tego tematu w nowy i bardzo osobisty sposób. Zazwyczaj tego rodzaju fotografia dokumentuje przemiany zachodzące na wsi w kontekście zmian społecznych i gospodarczych. Twoje prace w moim odczuciu, przedstawiają człowieka w bardziej atawistycznej roli. Jak postrzegasz pod tym kontem wartość swoich zdjęć?
AP: W myśleniu o portretach, ważne dla mnie były słowa jakie usłyszałem na pogrzebie mojego dziadka. Wypowiedział je Ojciec Roman Piętka, ksiądz unicki, który od 40 lat opiekował się wsią w której żył dziadek. Powiedział, że dziadek całe życie oswajał ziemię, którą uprawiał, by po śmierci do niej wrócić. Wtedy poczułem bardzo mocno symbiozę człowieka z ziemią. I to, że człowiek po śmierci też się nią staje. Chciałem pokazać jego relacje z ziemią i stosunek do niej. Dotknąć więzi człowieka z naturą. Cieszę się, że udało mi się zobrazować swoich bohaterów właśnie w taki sposób.

MP: Twoje fotografie mają charakter egzystencjalny, są niezwykle inteligentne wizualnie i emocjonalnie, co wymaga znacznie większej wrażliwości od widza. Dlaczego wybrałeś akurat taki sposób przedstawiania i obrazowania świata?
AP: Lubię obserwować ludzi i chcę zrozumieć człowieka na tyle, na ile jest to możliwe. To mój sposób na dotarcie do niego i pokazania go. To w jaki sposób widzę co mnie otacza i w jaki sposób to przedstawiam jest procesem. Przez ostatnie pięć lat realizowałem temat wsi. Po pewnym czasie pracy nad tym projektem pojawiła się u mnie potrzeba zastosowania zupełnie innego sposobu obrazowania w odróżnieniu od tego, jakim posługiwałem się dotychczas. Zacząłem znacznie ingerować w to co fotografuję, jednocześnie tworząc dokument. Z pozoru karkołomne i sprzeczne w założeniu. Ale się udało.
MP: Czy można tu mówić o świadomej konsekwencji? Do jakich refleksji starasz się nakłonić widzów?
AP: Nie mam misji by przekazywać jakąś ideę. Choć z drugiej strony wiem, że jak już chce komuś zaprzątnąć głowę tym co robię, to niech to będzie zrobione najlepiej jak się da. Jeżeli chodzi o sposób obrazowania to podoba mi się połączenie fotografii dokumentalnej z elementami kreacji. I wydobycie z codzienności dodatkowych znaczeń.
MP: W swojej pracy fotograficznej nie koncentrujesz się na dokumentowaniu tematów drastycznych, takich jak na przykład wojna czy ogólnie, dramat człowieka. Mam wrażenie, że takie właśnie tematy są bardzo atrakcyjnego dla widzów, zwłaszcza wobec oczekiwań w stosunku do współczesnych mediów.
AP: Wcześniej jakieś 7 lat temu w Pakistanie otarłem się o sytuację pośrednio związaną z konfliktami zbrojnymi - zrealizowałem tam fotoreportaż z nielegalnej fabryki broni na pograniczu pakistańsko-afgańskim. Ale teraz już wiem, że są fotografowie, którzy lepiej potrafią przekazać widzowi to co dzieje się na wojnie.
MP: W warszawskiej YoursGallery będziesz miał indywidualną wystawę, na której będziemy mogli zobaczyć dwa cykle prac ukazujące polską wieś z rejonu południowego Podlasia. O ile prezentowane portrety stanowią fotografię inscenizowaną, nawiązującą w swoim przesłaniu do relacji człowieka z naturą w jej egzystencjalnym znaczeniu, to drugi cykl odwołuje się do życia codziennego mieszkańców wsi. Oczywiście oba cykle wspaniale się uzupełniają, ale ciekawi mnie dlaczego postanowiłeś w ten sposób skonstruować wystawę?
AP: Z prezentacją na tej wystawie jest tak, że jedna cześć wynika z drugiej. Czyli portrety, które stanowią trzon wystawy nie powstałyby gdybym wcześniej przez kilka lat nie dokumentował życia, nazwijmy to, codziennego wsi. I te zdjęcia, dokumentujące codzienne życie, są niejako dopowiedzeniem historii, która zawiera się w portretach. Portrety z kolei powstały, bo pewnych rzeczy nie byłem w stanie pokazać w klasyczny, dokumentalny sposób.

MP: Świat unifikuje się obecnie w szalonym tempie, i to nie tylko w przestrzeni globalnej, ale również w naszym kraju. Myślę, że jest to proces zabójczy dla małych, lokalnych kultur i społeczności. Współczesny postmodernizm powoduje, że wszystko i wszędzie zaczyna wyglądać podobnie. A tożsamość człowieka, jego więź z pierwotną naturą, a szczególnie duchowością, umiera. Bardzo trafne wydaje się stwierdzenie, że twoja fotografia pozwala przetrwać jakiemuś wycinkowi świata, który znika bezpowrotnie.
AP: Myślę, że każda fotografia jest formą zapamiętania tego co dzieje się tutaj i teraz. Zaczynając fotografować na wsi, miałem takie ambicje by dokumentować wieś i zmiany jakie na niej zachodzą. Jednak szybko zorientowałem się, że jest to zbyt rozległy obszar by zrobić to rzetelnie. Dlatego postanowiłem się głównie skupić na człowieku i jego relacji w stosunku do ziemi.
MP: Czy twoja zdjęcia są właśnie sposobem zapamiętywania świata, formą ocalenia przed zapomnieniem?
AP: Dużo zdjęć robiłem wiedząc, że nie znajdą się ani w książce, ani na wystawie. Dokumentowałem je dla siebie. Za kilka lat mogę już takiej najprostszej sytuacji, jak chociażby ubijanie masła, nie zarejestrować (a i teraz jest to już bardzo rzadkie). Bo najzwyczajniej w świecie tego już nie będzie. Odejdzie to wraz z ludźmi, którzy umrą, a po nich nikt nie przejmie gospodarstw. Taką wartość dokumentalną będzie można określić za kilkanaście lat. Chciałbym by moja praca stanowiła zapis tej rzeczywistości, która być może zaniknie. Jest coś pociągającego w byciu kronikarzem.
MP: W twoich portretach przedstawiasz społeczność lokalną lub precyzyjniej, wiejską. Wyraźnie unikasz rejestracji wielkomiejskiego życia. Widać to również w innych cyklach twoich zdjęć, których nie ma na wystawie. Skąd takie podejście? Czy planujesz dalsze rozwijanie tego tematu w tej właśnie stylistyce?
AP: Widzisz, tu bym nie rozgraniczał tego, że fotografuje ludzi z miasta bądź ze wsi. Tak się złożyło, że przez ostatnie 5 lat zajmowałem się głównie tematyką wiejską. Wcześniej kiedy podróżowałem po Azji, zrobiłem dokument o nocnym życiu Bangkoku czy rikszarzy z Old Delhi i Dakki. Co do kontynuacji to już tak długo robiłem wieś, że chciałem ją zamknąć wystawą i publikacją, by z wolną głową móc zacząć realizować kolejny temat. Kiedyś w przyszłości chciałbym dodatkowo wydać oddzielną książkę tylko z portretami. Ale to już plan na kolejne 5 -10 lat. Bardzo mi odpowiada połączenie dokumentu z elementami kreacji. I kolejny projekt też będzie się opierał na takim połączeniu.

MP: Warszawska YoursGallery pokazuje bardzo ambitną, światową fotografie i jest bez wątpienia jednym z najciekawszym, a na pewno najbardziej profesjonalnym miejscem tego typu w naszym kraju. Jak doszło do zorganizowania wystawy?
AP: O wystawie zacząłem rozmawiać już 3 lata temu, jeszcze z poprzednią kuratorką. Obecna kuratorka, Maja Kaszkur widziała ten projekt zanim przeszła do Yoursa. I zostawiła go w grafiku galerii. Ponadto, cały czas miałem nadzieję, że jednocześnie z wystawą uda mi się wydać książkę. Niestety z różnych niezależnych ode mnie przyczyn, będzie to kilka miesięcy po wystawie. Cieszę się, że akurat w Yoursie będę miał wystawę zamykającą cały projekt.
MP: Jak podsumujesz współpracę przy tworzeniu twojej wystawy z jej kuratorką Mają Kaszkur?
AP: Moim zdaniem bardzo ważne jest zaufanie jakie musi się wytworzyć pomiędzy fotografem, a kuratorem. Nieocenione jest również wyczucie i jego sposób edycji zdjęć . Podobało mi się w relacji z Mają również to, że jest osobą, która widzi nie tylko zdjęcia, ale również osobowość fotografa, to kim jesteś.
MP: Ogromną wartością fotografii jest możliwość kreowania własnego świata poprzez inscenizację i przedstawiania go widzowi. W twoich zdjęciach portretowych z cyklu 'Karczeby' przykuwa uwagę nawiązanie do szczególnej symboliki. Symbolika, jakiej używasz zdaje się być czymś głębszym i szerszym, a pojawia się na zdjęciach w postaci zwierząt czy przedmiotów (zegar, książka, ryba czy gęś). Przywołuje to wrażenie 'realizmu magicznego', który można swobodnie i dowolnie odczytywać.
AP: Osoby które portretuję są przypisane do miejsca w którym je fotografuję, są to ich podwórka bądź pola. Wszystkie przedmioty jakie trzymają postaci należą do nich. Są to rzeczy z którymi na co dzień mają styczność. Tutaj nic nie pojawiło się z zewnątrz. Pomysł na zdjęcie był zazwyczaj mój, ale już przy samym robieniu zdjęć byłem otwarty na propozycję. Na przykład przy zdjęciu ze skórą dzika, Rafał zaproponował, że stanie na jednej nodze by wyglądało tak, że jedna noga jest jego a druga dzika. I to jest bardzo fajne bo ten obraz tworzymy razem. Bardzo ważną lekturą było dla mnie 'Sto lat samotności' i podobną poetykę miałem gdzieś w głowie. Chociaż nie powiem, że była dla mnie bezpośrednią inspiracją przy tych zdjęciach.

MP: Czy należy doszukiwać się w tych symbolach znaczeń miejscowych, ludowych? Czy może ta symbolika odnosi się indywidualnie do każdego portretu budując opowieść o przedstawianej postaci i jej historii? Czym kierowałeś się w budowie takiej właśnie narracji?
AP: Nie skupiałem się na tym by oddać charakter bohatera, bardziej chodziło mi o oddanie zamysłu który miałem. Choć to są konkretne osoby, na twarzach których rysują się ich losy, ciężko nie odnosić tego co się dzieje na zdjęciu, do tej osoby. Co do odczytywania symboli, nie chciałbym nic narzucać... Na pewno nie da się opowiedzieć jednym zdjęciem czyjegoś życia czy osobowości. Zależało mi bardzo na uzyskaniu równowagi między czymś naturalnym a symbolicznym i żeby symbol nie dominował nad resztą historii zawartej w zdjęciu.
MP: Do prezentacji tego projektu wybrałeś język fotografii czarno-białej. Ale przy szerszym zagłębieniu się w twoją pracę, uwidacznia się zdecydowana i konsekwentnie realizowana idea fotografii tradycyjnej. Mam tu na myśli fotografię czarno-białą opartą o rejestrację na materiale światłoczułym. Z czego wynika takie właśnie podejście?
AP: Zaczynając projekt, chciałem by fotografie były zrobione w klasyczny dokumentalny sposób. Poza tym negatyw ma inna plastykę obrazu. No i jest jeszcze drugie dno, praca na negatywach wymaga dużo więcej wysiłku, innego skupienia przy fotografowaniu.
MP: Czy na wystawie w YoursGallery przedstawiasz pełny cykl 'Karczeby'? Jeżeli nie, to kiedy będziemy mogli zobaczyć całość tego materiału? Planujesz wydanie książki lub innej szerszej publikacji na ten temat?
AP: W założeniu wystawie miała towarzyszyć publikacja i moim ideałem było połączyć wystawę z albumem, niestety nie udało się to z przyczyn ode mnie niezależnych. Mam nadzieję, że dojdzie do publikacji w przeciągu pół roku. Teraz najważniejsze dla mnie jest, aby wystawa i książka były zrobionej najlepiej jak się da. A na przestrzeni 5-10 lat chciałbym wydać książkę składającą się tylko z portretów.
MP: Czy można powiedzieć, że każdy z nas ma swoje własne 'Karczeby'?
AP: Rozumiem że chodzi Ci o korzenie? To pytanie powinno być skierowane indywidualnie do każdego. Mogę Ci odpowiedzieć za siebie. Korzeń dla mnie symbolizuje zamocowanie, związanie, siłę. Ja mam poczucie takiej więzi.
MP: Wiem, że długo przygotowywałeś się do tego tematu oraz jego realizacji. Ciekawi mnie proces dochodzenia do finalnej wersji materiału, który możemy zobaczyć w postaci aktualnej wystawy. Jak długo pracowałeś nad materiałem i czy temat jest już zamknięty? Czy dla ciebie, taka swoista powolność jest istotna w procesie robienia zdjęć?
AP: Podoba mi się Twoje określenie - powolność. Myślę, że czas poświęcony na realizacje tematu zazwyczaj procentuje, jeżeli jesteś odpowiednio skupiony i nie jesteś rozlazły. Od momentu kiedy zacząłem robić zdjęcia to zawsze pokutował u mnie taki mit, że należy dużo czasu poświęcić na jakiś materiał. Trzeba ludzi jak najlepiej poznać i unikać powierzchowności. Rzetelnie się przygotować to tematu. Jest takie powiedzenie wśród Berberów: 'Jak się śpieszysz, już nie żyjesz'.

MP: Część twoich kadrów przy cyklu portretowym jest ujęta w formacie kwadratu, skąd wybór akurat takiego formatu?
AP: Widziałem to w kwadracie.
MP: Nie ukrywam, że dla mnie czymś wyjątkowym są prace z cyklu 'Aktorzy' przedstawiające aktorów prowincjonalnego wiejskiego teatru. Co prawda zdjęć z tego cyklu nie obejrzymy na aktualnej wystawie, ale czy 'Karczeby' są ścisłym nawiązaniem do tego projektu lub jego naturalną konsekwencją?
AP: Aktorzy to mój pierwszy cykl w którym połączyłem elementy kreacji z dokumentem. Można mówić o kontynuacji w Karczebach, jeżeli chodzi o takie połączenie i estetykę. W obydwu materiałach dość silnie widoczna jest moja ingerencja. Portrety Karczebów zacząłem realizować 2 lata po tym jak zrobiłem cykl poświęcony aktorom.
MP: Jak wyglądała współpraca z tymi ludźmi? Można odnieść wrażenie, że ten reportaż dał obu stronom mnóstwo radości i zabawy. Wiem też, że był publikowany w kilku magazynach.
AP: Co do samej realizacji to rzeczywiście była to niezła zabawa. Miałem samochód załadowany rekwizytami i strojami. Jeździłem po wsi i szukałem trzech osób chętnych na zdjęcia, było lato, dużo pracy na polu, żniwa, sianokosy. Dzieci były zawsze chętne, dla nich już sama jazda samochodem i szukanie ekipy na zdjęcia była niezłą radochą. Później często się mnie pytali czy jedziemy na foty i podrzucali mi pomysły do kogo można jeszcze pojechać. Samo pozowanie też dawało duże pole do popisu aktorom, bo w konwencji teatru dużo może się zmieścić. Fajnie, że czuć tę zabawę. Udało mi się opowiedzieć o rzeczach ważnych w sposób wesoły i luźny.
MP: Czy dla bohaterów tych zdjęć kontakt z obiektywem był czymś szczególnym i coś zmienił w ich życiu?
AP: Publikacje, które się ukazały, można traktować jako formę promocji samego teatru. Dostali sporo propozycji występów. A z racji tego że na terenie wsi powstaje wiejski amfiteatr to całość honorarium za występy przeznaczone zostało na budowę tego amfiteatru.

MP: W reportażu fotograficznym istnieje takie podejście, które mówi o tym, aby zdecydowanie unikać sztucznego wymyślania zdjęć, ich planowania czy aranżowania. Trzeba zdać się podświadomie na chwilę i sytuację, własny instynkt i intuicję. Jak pracujesz jako fotograf, bo przecież fotografia ludzi jest niezwykle trudna?
AP: Najważniejsze dla mnie jest by osoby, które fotografuje zaakceptowały mnie. Muszę czuć się swobodnie z ludźmi z którymi pracuję, czuć że jestem akceptowany, że nie depczę komuś po piętach. Jeżeli ktoś cię akceptuje, to nie czujesz się intruzem. Wtedy dużo więcej rzeczy widać, do tego dochodzi czas spędzony z bohaterami, im więcej czasu poświęcisz na wzajemne poznanie tym większa szansa, że zrobisz lepsze zdjęcia. Z czasem mogą wyniknąć pewne niuanse, których na pierwszy rzut oka nie widać. Na pewno ważny jest też instynkt i umiejętność znalezienia się w odpowiednim miejscu.
MP: Jednym z moich ulubionych zdjęć z wystawy jest postać starszego mężczyzny z nagim torsem trzymającego w rekach kamień. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę fotografię, to wywarła na mnie porażające wrażenie. W początkowym wrażeniu wydawało mi się, że mężczyzna na zdjęciu trzyma w rękach ogromny bochen wiejskiego chleba, a jego postawa stwarza wrażenie jakoby postać trzymała dziecko, pozując z nim do zdjęcia. Możesz coś więcej opowiedzieć o tej fotografii?
AP: To zdjęcie pana Ryszarda, mieszka samotnie we wsi, niedaleko rzeki Bug, jest na rencie. Pierwsze podejście do zdjęcia odbyło się w nocy, na polu. Chciałem zarejestrować ruch ziemi, tak by gwiazdy tworzyły smugi na niebie. Staliśmy na polu 2 godziny, to było niesamowite bo Ryszard jest głuchoniemy, a że było tak ciemno to prawie się nie widzieliśmy a mimo to czułem jakieś porozumienie z nim. To było niesamowite! Później okazało się że fotki nie wyszły tak jak sobie to wyobrażałem. Kilka dni później powtarzaliśmy to w tym samym miejscu, tylko że w dzień. Kamień leżał obok pola, a sposób w jaki trzymał go Ryszard był jego naturalnym gestem.

MP: Które z prezentowanych zdjęć jest Ci szczególnie bliskie i dlaczego?
AP: Z przyczyn osobistych najbliższe jest mi zdjęcie mojej babci, to ta pani okryta siecią rybacką. Trzyma pod ręką Biblie mojego dziadka, który zmarł 11 lat temu. Był niezwykle fajnym człowiekiem, bardzo wyluzowanym. Kiedyś babcia zwróciła mu uwagę, że zostawił buty na podwórku, a deszcz zaczął padać. A dziadek nie robiąc sobie nic z tego co babcia mówi, skwitował; 'jak i zmokły to i wyschną' . Lubiłem go bardzo za spokój jaki miał, za sposób myślenia. Robiąc zdjęcia czułem jego obecność.
MP: Które fotografia wymagała od Ciebie najwięcej pracy?
AP: Najbardziej spociłem się przy zdjęciu Ignacego, to postać zarośniętego mężczyzny, któremu głowa wystaje z ziemi. Musiałem wykopać dół, długo też szukałem odpowiedniego miejsca gdzie to zrobię. To był bardzo przyjemny wysiłek. Pan Ignacy bardzo fajnie zareagował na propozycję zdjęć. Powiedział że sztuka wymaga czasu i nie musimy się nigdzie spieszyć. Najpierw kawka, a później robota. I tak sobie spokojnie dół kopałem. Było to pierwsze zdjęcie w cyklu, od niego się zaczęło...
MP: Przy oglądaniu twoich zdjęć pojawia się szersze pytanie. Dlaczego tak bardzo podobają nam się historie, w których nigdy nie chcielibyśmy uczestniczyć? Chociaż nie podzielam tej opinii to spotkałem się z sytuacją komentującą twoje prace jako obraz świata bardzo trudnego. Przesyconego ubóstwem oraz walką o utrzymanie minimum życiowego, co w głębszej warstwie uświadamia nam jak ciężka jest tam codzienność. Oczywiście świadomość tego, że pokazujesz świat odległy od miejsca wystawy zaledwie o jakieś 200/300 km nabiera dodatkowej wymowy.
AP: Widzisz, z perspektywy Warszawy tak to może wyglądać. Ludzie wypierają ze swojej świadomości takie obrazy. Ale ja nie widzę ubóstwa, jak to może się wydawać. Ludzie może żyją skromniej, nie ma przepychu, ale też nie ma takiego porównywania, kto ile ma. Jest za to duże poczucie własnej wartości, jest godność.
MP: Co opowiesz o codzienności życia ludzi których przedstawiasz?
AP: Uprawiając ziemie jesteś w stanie sam siebie wyżywić na takim czy innym poziomie, ale co by się nie działo, wykarmisz rodzinę. Poza tym, uprawiając ziemie, która przechodzi z dziada pradziada masz też duże poczucie przynależności do miejsca. Sąsiedzi, ludzie ze wsi też Ci pomogą jak jesteś w potrzebie. Jesteś zakorzeniony i nie ma tam takiego rozedrgania jak u ludzi w mieście. Tak jak w przypadku np. Warszawy, wyjechali z rodzinnych miast, nie mają takiego oparcia w rodzinie, wykorzeniają się, znajdują nowych znajomych i budują swoje poczucie wartości, przynależności na pieniądzu, na posiadaniu. Na wsi widzi się dużo rzeczy prościej, nie wiem czy to lepiej czy gorzej, ale prościej. Z drugie strony rolnictwo to bardzo ciężki kawałek chleba. Jest tam tyle rzeczy, które nie są zależne od rolnika. Nie dopisze pogoda, jest susza, albo ulewa i już nie ma takich plonów jak się zakładało. Ceny nawozów wzrosną, a skupy na przykład nie chcą kupić zboża i masz pieniądze zamrożone. Tu też widać zależność od natury.
MP: Na pewno silnie obecna i wpływowa na polskiej wsi jest sfera religijna, która mocno przenika do życia codziennego. Obszar kulturowy, który przedstawiasz na swoich zdjęciach jest na styku polski i białorusi, co niesie ze sobą naturalne współistnienie religii prawosławnej i katolickiej. Ciekawi mnie czy świadomie nie dotykasz tego tematu w swoich zdjęciach? Bo wydaje mi się że religijność dla tych ludzi, zwłaszcza starszego pokolenia jest niezwykle istotna.
AP: Nie jest tak, że nie dotykam i mam w swoim archiwum dużo zdjęć ze sfery religijnej. Na wystawie znajdują się 2 fotografie, które myślę dużo mówią o stosunku do Boga, do postrzegania swojego życia w kontekście wiary, religii i tego co będzie po śmierci. W Łomazach, w miejscowości oddalonej o 4 km od Lubenki gdzie zrobiłem większość portretów, są trzy cmentarze: żydowski, muzułmański i katolicki. W Kostomłotach znajduje się cerkiew unicka. Jest to obszar gdzie miesza się wiele religii. Ale ponad to daje się odczuć coś co jest ponad tym. Na przykład jeżeli jest święto katolickie to prawosławni mieszkańcy wsi nie pracują w polu, tak samo jest na odwrót, jest wzajemny szacunek i świadomość, że i tak modlą się do tego samego Boga.
MP: Samo zdjęcie nie jest najważniejsze, jest tylko dowodem dialogu i relacji między fotografem i fotografowanym. Czy przy zdjęciach inscenizowanych, portretowych ustawiałeś ludzi by zachowywali się zgodnie z twoją koncepcją? A może wybrałeś formę współpracy w portretowanym modelem nic nie narzucając? Jak wyglądała współpraca z bohaterami i stylizacja samych zdjęć, bo na pewno praca z tymi ludźmi bardzo się różni od klasycznej współpracy z modelem?
AP: Punktem wyjścia jest rozmowa, to by ktoś cię zaakceptował, by nie być intruzem. A potem jest zdjęcie. Zacząłem robić portrety po trzech latach latania po wsi z aparatem, ze swoimi bohaterami znałem się już bardzo dobrze. Nie było problemu z przekonaniem ich do zdjęć. Myślę, że istotne było to, że widzieli moje wcześniejsze zdjęcia. Czas też zrobił swoje, dużo pomysłów naturalnie dojrzało.
Stosunkowo łatwo jest wynająć modeli i zrobić zdjęcie ustawiane. Mi chodziło o pomieszanie dokumentu z kreacją. O uchwycenie czegoś prawdziwego i autentycznego.
MP: Ciężko było nakłonić ludzi do uczestniczenia w tym projekcie i jak ci się to udało?
AP: Praca przy wcześniejszej serii 'Aktorów' bardzo mi pomogła i spowodowała, że ludzie zaufali mi i czuli się swobodnie. Każde zdjęcie niesie ze sobą spotkanie z drugą osobą i ma swoją historię, ale jedna sytuacja była niezwykle wyjątkowa. Dużo jeździłem po tamtejszych bezdrożach. Pamiętam jakąś drogę przez las i stado gęsi oraz kobietę niosącą chrust. Mówię o zdjęci Pani Marii (Kobiety z gęsią) i to jest jedyna osoba na tych zdjęciach, której wcześniej nie znałem kiedy robiłem te zdjęcia. Miałem aparat z założonym filmem i po prostu zapytałem 'Czy moge Pani zrobić zdjęcie?' Ona się zgodziła, zupełnie naturalnie. Wyszło fantastycznie i oczywiście później przywiozłem jej odbitkę, bardzo się ucieszyła.
MP: A propos przygotowań do zdjęć. Długo pracowałeś przy tym temacie i czy w trakcie pracy zdałeś się na własną intuicję i dialog z ludźmi, bohaterami swoich obrazów, czy czerpałeś z jakiś dodatkowych opracowań czy materiałów, np. etnograficznych czy kulturoznawczych?
AP: Bardziej na obserwacjach, rozmowie, ale też czerpałem z tego co zapamiętałem z opowieści o wsi sprzed 15-20 lat. Dużo opowieści i historyjek jak to było kiedyś, usłyszałem od Kazimierza Kusznierowa, reżysera wiejskiego teatru obrzędowego. Można powiedzieć - lokalnego kronikarza. On dużo zwyczajów utrwala w swoich przedstawieniach. A ludzi którzy żyli kiedyś nazywa 'Dawni ludzie' i z opowieści o nich też dużo wyniosłem. Cały cykl aktorów był inspirowany teatrem 'Czeladońka'. Przed rozpoczęciem robienia portretów jeździłem przez dwa miesiące po wsiach i nie zrobiłem ani jednego zdjęcia oprócz notatek cyfrą. Dużo wtedy rozmawiałem z Kazikiem. Aż w końcu całość mi zaskoczyła.

MP: Istnieje takie myślenie wśród fotografów mówiące o tym, że obraz świata nie jest na zewnątrz tylko wewnątrz nas. Jest w twoich zdjęciach coś prawdziwego, coś co wykracza poza same zdjęcia. Może jest to znak osobistego zaangażowania tematem oraz prób zgłębienia własnej tożsamości. Bardzo ciekawi mnie twoja opinia na ten temat, bo wiem że twoje korzenie rodzinne wywodzą się właśnie z rejonu który przedstawiasz. Oczywiście jest to sfera bardzo osobista, ale czym dla ciebie była realizacja tego tematu? Skąd potrzeba powrotu do rodzinnych miejsc i ich zobrazowania? A może jest formą osobistego zapisu, stanowiącą rodzaj dziennika?
AP: Ze zdjęciami jest tak, że zawsze oprócz tego co przedstawiają mówią sporo o tym, kto je robił. Pewnie, że realizację tego tematu można traktować jako tribute to. Miałem tez poczucie kronikarza tego miejsca.
MP: Jak sądzisz, kiedy pojawia się taki moment że chcesz zostać fotografem (mam tu na myśli pracę zawodową) i stajesz przed wyborem co dalej? Jedni rzucają się w wir aktualnych wydarzeń, dużo podróżują po świecie w poszukiwaniu własnego języka obrazowania, tematów i zbierając doświadczenie, a inni decydują się na edukację akademicką? Ty zdaje się dotknąłeś w swojej przygodzie z fotografią obu tych zagadnień. Ciekawi mnie jak bardzo wpłynęło to na ciebie jako fotografa i co byś radził początkującym fotografom?
AP: Zdjęcia zacząłem robić dość późno, bo w czwartej klasie liceum. I z tym co zrobiłem nie miałem szans się dostać zaraz po maturze na jakiekolwiek studia fotograficzne na wyższej uczelni. Potem zaczęły się podróże. Po pierwszym wyjeździe do Izraela przywiozłem zdjęcia z targu Beduinów w Berszewie. Zaniosłem je do Rzeczpospolitej (jeszcze wtedy wychodził magazyn) i usłyszałem, że są ani złe ani dobre, czyli nijakie. To dało mi do myślenia, stwierdziłem, że już nie chcę usłyszeć czegoś takiego. Do kolejnego wyjazdu przygotowywałem się bardzo sumiennie, oglądałem dużo zdjęć i dużo o nich myślałem. W 2000 roku wyjechałem do Indii, Bangladeszu, Nepalu i udało się. Tam mogłem myśleć tylko o fotach, nic mnie nie rozpraszało. Zrobiłem fotoreportaż o rikszarzach i o Gangesie. Wyszło dobrze. Potem mieszkałem prawie rok w Londynie i tam zrobiłem materiał o emigracji zarobkowej. Był to rok 2001, większość Polaków była tam nielegalnie – to był największy problem przy fotografowaniu. Po powrocie do Polski, byłem wtedy po trzecim roku Akademii Ekonomicznej, wahałem się co dalej robić. Przeanalizowałem to co zrobiłem do tej pory w fotografii, to że radzę sobie z obrazem i zdecydowałem się zdawać na fotografię na ASP w Poznaniu. Szkoła dała mi obycie z tym, czym w szerokim pojęciu jest fotografia. Otrzaskałem się, nauczyłem się szerzej myśleć o obrazie. Ale jak patrzę teraz to zdjęcia nauczyłem się robić na wyjazdach, nie w szkole. Początkującym, polecam aby oglądali dużo zdjęć i je analizowali. Czyli o czym opowiada zdjęcie, dlaczego fotograf zrobił je w taki, a nie inny sposób. Jak ja bym zrobił takie zdjęcie gdybym miał taki temat. To bardzo rozwija.
MP: Udowadniasz, że interesujący, ważny dla nas samych temat, można znaleźć tuż obok nas. W czym tkwi, a może czym jest dla Ciebie tajemnica tematu dobrego zdjęcia?
AP: Myślę, że nie ma gotowej recepty. Na pewno musi być zaangażowanie fotografa, tajemnica, pewna nie oczywistość, historia która wciąga.
MP: Z jakim z żyjących lub nieżyjących fotografów chciałbyś spędzić noc przy butelce whisky i dlaczego?
AP: Z Nadarem, pociągające jest jego bycie pomiędzy dokumentem a sztuką. Fotografią a nauką. Był pionierem. Podobają mi się jego portrety i nigdy nie latałem balonem...
MP: Zdobyłeś wyjątkowe wyróżnienia za przedstawiany cykl prac 'Karczeby' w 2009 roku. Między innymi 2 miejsce na prestiżowym Magnum Expression Award. Jak ono przekłada się obecnie na zainteresowanie się twoją sztuką przez galerie czy kuratorów. Wiążą się z tym jakieś wymierne profity związane np. z organizowaniem wystaw czy sprzedażą prac?
AP: Bezpośrednio tego nie odczułem, ważne jest to że projekt został dostrzeżony i wyróżniony. Takie zewnętrze potwierdzenie jego wartości. Pośrednio może z czasem odczuję. Wiesz fajnie to wygląda w historii choroby, ale do tej pory jakoś nie odczułem dużego przełożenia z tej nagrody na zainteresowanie. Bardziej ruszyło się po publikacji części projektu na stronach internetowych New York Times. Zgłosiła się do mnie galeria z Chicago, bardzo fajna. Będzie mnie reprezentować w stanach.

MP: Bardzo ważną formą promocji własnej fotografii są przeglądy portfolio, organizowane miedzy innymi przy okazji festiwali fotograficznych. Umożliwiają fotografom bezpośrednie spotkania z kuratorami, krytykami czy właścicielami galerii. Czego można się spodziewać po takich spotkaniach, jaki rodzaj prac pokazywać i jak się do nich przygotować?
AP: Jest to bardzo fajna możliwość pokazania swoich prac i ich promocji. Ja tylko raz uczestniczyłem w takim przeglądzie. Okazało się że bardzo owocne. W rezultacie moje fotki wylądowały na stronach internetowych New York Times i Lensculture. Tak, zdecydowanie polecam.
MP: Skąd czerpiesz inspirację do swoich zdjęć i czy poszukujesz jej w pracach innych fotografów?
AP: Czytam, oglądam co robią inni, jak budują historie i czym mogę się zainspirować jeżeli chodzi o złożenie swojej historii. Jeżeli chodzi o sam temat i zdjęcia to jest wypadkowa tego co mnie interesuje, jakie obrazy chodzą mi po głowie i w jakiej estetyce chciałbym to zrobić. Bardzo ważne jest znalezienie tematu.
MP: Jak oceniasz współczesną fotografię polską? Którzy autorzy przykuwają najbardziej twoją uwagę?
AP: Patrząc na nagrody jakie Polacy zdobywają w szeroko pojętej fotografii prasowej to jest dobrze. W zeszłym roku 5 polskich fotografów dostrzeżono na WorldPressPhoto. Rafał Milach dostał 2 nagrodę w POY. Wojtek Grzędziński zdobył VISA D'OR NEWS 2009 AWARD. Ponadto Michał Łuczak i ja dostaliśmy wyróżnienia w konkursie Magnum Expression Award. Powstaje dużo szkół fotograficznych, warsztatów. Dużo młodych ludzi chce edukować swoją świadomość wizualną, wydaje mi się, że idzie to w dobrą stronę. I mam nadzieję, że rynek fotografii autorskiej i artystycznej w końcu się u nas wykształci.
MP: Wiem, że istnieje możliwość zakupu prezentowanych na wystawie prac. Możesz coś więcej powiedzieć o walorach i przygotowaniu tego rodzaju galeryjnych reprodukcji eksponowanych w YoursGallery. Pytam o to dlatego, iż w obecnym świecie digitalizacji, takie podeście do fotografii ma zupełnie inny wymiar i walor prezentacyjny.
AP: Całość materiału jaki znajduje się na wystawie, została wykonana na negatywach. W edycji, są dwa formaty 30x30 cm i 60x60cm . Zdjęcia są wydrukowane na papierze archiwalnym. Przy produkcji odbitek współpracowałem z retuszerem. Było to dla mnie nowe doświadczenie, bo do tej pory całą obróbkę robiłem samodzielnie. Daje to duży komfort pracy i dystans do obrabianych zdjęć.
MP: Nie sztuką jest zrobić zdjęcie ale opowiedzieć historię. Czy już wiesz jakie będą Twoje nowe historie? Nad czym obecnie pracujesz?
AP: To prawda. Powiem lakonicznie. Będą to portrety kobiet. Mam konkretną historię do opowiedzenia, ale teraz jest za wcześnie by o tym mówić.
MP: Z czego ostatnio się śmiałeś?
AP: Moja dziewczyna - jest w tym dobra...
Ale też ostatnio Maja, kuratorka wystawy, przypomniała mi jak jej opowiadałem historyjkę o psie. Było tak, że na wsi, pewien pan prokurator kupił dom i przyjeżdżał tam na weekendy. A sąsiad pana prokuratora to człowiek, który lubi pobalować. W sobotę zrobił z kolegami grila, panowie popili. W pewnym momencie imprezy wilczur pana od grilla przyniósł w zębach nieżywego psa prokuratora. Panowie się wystraszyli, że wilczur zagryzł psa, a że właściciel wilczura miał już wyrok w nawiasach, to się wystraszył, że może mieć prawne konsekwencje tego czynu. Panowie umyli psa, wyszczotkowali i zanieśli do jego budy. Na drugi dzień, po południu przyszedł pan prokurator i powiedział, że dzieją się dziwne rzeczy . 'Dwa dni wcześniej zdechł mi pies i zakopałem go w ogródku. Dzisiaj patrzę, a on leży w budzie'... Okazało się, że wilczur go wykopał i przyniósł do swojego pana.
Rozmowę z Adamem Pańczukiem przeprowadził Mariusz Śledź / www.modernphoto.pl
Adam Pańczuk (1978) mieszka w Warszawie, pochodzi z Białej Podlaskiej, pracuje wszędzie gdzie znajdzie ciekawy temat. Studiował na Akademii Ekonomicznej, a także fotografię na Wydziale Komunikacji Multimedialnej ASP w Poznaniu. Realizując swoje projekty zadaje pytania - wprost, a jednocześnie metaforycznie, o tożsamość, świadomość i postawę wobec świata, ludzi , których spotyka. Jest stypendystą Ministerstwa Kultury.
Więcej prac Adama można obejrzeć na jego stronie internetowej: www.adampanczuk.pl
